Wśród wielu wydawnictw o Wrocławiu szczególnie cenię „Mosty Wrocławia” Macieja Łagiewskiego. Wszystkich miłośników współczesnych kolorowych wydawnictw nieco zmartwię. Jest to pozycja wydana przez Ossolineum w roku 1989, a więc tak jakoś na przełomie, a raczej na „Wielkim Przełomie”. W stopce niespotykane dzisiaj informacje: nakład 20 000 egz., oddano do składania luty 1988, podpisano do druku grudzień 1988, druk ukończono w kwietniu 1989. Książeczka ma zatem 20 lat, a ciągle mnie urzeka. Świetny bezpretensjonalny język, zrozumiały dla wszystkich, a nie tylko dla studentów architektury. I 136 ilustracji. Począwszy od Brauna i Hogenberga z 1587 roku, a potem urokliwy XIX wiek i ryciny, ryciny i zdjęcia, zdjęcia. A na nich bohaterowie: mosty, kładki, przeprawy. Wielkie i małe, istniejące do dzisiaj i takie, które zaginęły w pomroce dziejów. Książce tej zawdzięczam bardzo wiele. Przybywszy do Wrocławia, między innymi na niej uczyłem się naszego miasta. Potem porzuciłem ją haniebnie, sądząc (o, święta naiwności!), że znam już Wrocław dostatecznie i żadne bedekery nie są mi już potrzebne. Jakże się wówczas myliłem. Naszego miasta uczę się bowiem codziennie. Uczyłem się go i dzisiaj, stojąc w „długich jak waż boa” korkach na Kasprowicza i Przybyszewskiego. Gdy jednak uchyli się szybę, a na ręce spadnie kilka płatków puszystego śniegu, to wtedy… Cóż, nie będę kończył, bo trzeba byłoby powiedzieć coś intymnego o relacji „ja-Miasto”, a to chyba czuje każdy z nas…
Niskie ukłony dla Autora i pozdrowienia dla Jego rodziny, którą miałem swojego czasu przyjemność poznać.
Najbardziej lubię… „Mosty Wrocławia”
- Nikt jeszcze nie skomentował

