Zaczynam od Festiwalu Wysokich Temperatur. Pełno ludzi, z głośnika na przemian słychać rytmy rasta i polski hip-hop. Kują, lepią i wypalają, w powietrzu unosi się atmosfera plany pięcioletniego i rekordów przodownictwa pracy, o przepraszam to nie ten wpis. Dookoła żrący dym z pieców, piecyków i - jakżeby nie - zapach grilla.
Szybka runda i gnam na Wieżę Matematyczną, widzę samca kaczki krzyżówki, który pokwakując idzie swoją drogą. Po drodze do wieży przelatuję przez dziedziniec Ossolineum i Maciejówki, gdzie słyszę rozmowę na ławce o zaletach palenia zioła i problemach z trafieniem kluczem do dziurki, pełny luz, Hamsterdam.
Do muzeum Antropologicznego kolejka jak do piramid, gnam na wieżę, z której jest przygnębiający widok, dachy, anteny, nic ciekawego. Teraz Arsenał- byle zdążyć na 21, bo ma być niespodzianka. Straszne tłumy, kolejka w każdych drzwiach. Niespodzianka to salut z broni prochowej Bractwa Kurkowego na dziedzińcu Arsenału. Czas na Muzeum Narodowe. Szybki rajd i robi się 23... a tu nie da się wyjść z budynku bo tłum zatarasował schody. Hmm, a jakby był pożar? No to na piętro i oglądamy pokaz ognia z kawiarni. Uff... Udało się. Teraz jeszcze tylko wrzut zdjęć na komputer i Noc Muzeów zakończona.


No to widze, ze kolega ma podobne spostrzezenia jak moje, tylko ich nie wypowiedzial :) :) Pozdrawiam