Dzień 10
Wyjeżdżamy nad ranem – kierunek Mali. Droga na wschód. Chcemy dojechać do Kiffa. Droga jest na przemian dobra i zła, czyli asfalt bez dziur i z dziurami. Jednak niekiedy bardzo zła - czyli dziura na dziurze. Jest spory ruch na drodze i zwalniam jazdę – idzie wolno. Krajobraz się zmienia, śmieci ciągle te same. Zaczynają się sawanny, płaskowyże, często pustynia zasypująca piachem sawannę i drogę. Spycharki tak jak u nas zaspy śnieżne tam odgarniają piasek z drogi. Multum zwierząt padniętych na poboczach. Najwięcej bydła, osłów – to wszystko leży i gnije, suszy się na słońcu. Przed i za niektórymi wioskami leżą całe stosy zwierząt w różnym stanie rozkładu. W wioskach widać biedę, smutnych ludzi, niektórzy odpoczywają bezpośrednio na śmieciach. Wolno jadąc przez wieś widzę jak mężczyzna wyrównuje sobie miejsce w śmieciach leżących na poboczu: zakręconą, pustą, plastikową butelkę podkłada sobie pod głowę i robi sobie sjestę. Do Kiffa dojeżdżamy wieczorem. Korzystamy z pierwszego, lepszego kempingu, ledwo oświetlonego w ciemnościach miasta. Oprócz nas i pary francuzów z małym pieskiem nikogo nie ma. Płacimy po 1500 UM od głowy i korzystamy z namiotu właściciela. Komary w nocy. Dziecięca szkoła koraniczna za płotem recytuje, śpiewa całą noc, aż dostaję gęsiej skórki od tego zawodzenia. Noc chłodna.
Dzień 11
Pobudka jak zawsze o 6. Wymieniamy kasę w Kiffa i robimy ksero fiszek na następne kontrole. Dalej podobny krajobraz, podobni ludzie. Dookoła jakoś smutno, ale spokojnie. Czujemy się bezpiecznie. Wielu czarnych w niebieskich szatach – Tuaregowie. Dalej gnijące na poboczach bydło osły niekiedy wielbłądy. Widzę mnóstwo bydła rogatego, pasącego się na wyschniętych trawach sawanny. Co kilka kilometrów bydło spotyka się przy wodopojach – dołach ok. 20 na 10 m i głębokich na ok. 5 m, gdzie piją mętną wodę. W zbiornikach zostało może z pół metra wody a do pory deszczowej jeszcze pół roku. Dojeżdżamy do miejscowości granicznej Ayoun, gdzie wykupujemy ubezpieczenie na większość państw Afryki Zachodniej – 15 euro. Tankujemy paliwo za 230 UM za litr. Podobno taniej niż w Mali, i jedziemy do granicy. Przed granicą policja dopatruje się pomyłki w ubezpieczeniu i chce kasy. Pomimo tego, że mają rację i ubezpieczenie jest niewłaściwe uporem i cierpliwością nie dajemy im nic, a mimo tego nas puszczają. Jedziemy dalej. Nagle zatrzymujemy się przed znakiem stop, stojącym na prostej drodze i ktoś krzyczy paszporty z namiotu wojskowego. Okazuje się, że jesteśmy na granicy. Na granicy, której w sumie nie ma, oprócz tego namiotu. Dostałem jakiś kwitek, za który płacimy 10 euro. Akceptujemy, bo mamy kwita. Jedziemy drogą dalej, za 200 m następna odprawa, tym razem osób. Dość szybko i bez pieniędzy, dostajemy pieczątki wyjazdowe i pan Mauretańczyk odsuwa beczki z drogi – możemy jechać dalej. Dalej jest granica Mali – tutaj na drodze jest szlaban, kozy, dzieci i pan celnik malijski, w czarnym uniformie i klapkach japonkach. Wita nas serdecznie, mocno roześmiany. Mówi, że niepotrzebnie robiliśmy wizy w Rabacie, bo u nich można od ręki. Szkoda dnia w Rabacie. Szybko wypełniamy jakieś druczki. Wpisanie do ksiąg i bez opłat opuszczamy granicę. Niestety za dwa km stoi szlaban i chcą opłaty za przejazd drogą. Jest kwitek i cena 1000 CFA. Mamy tylko euro i przepłacamy – daliśmy 5 euro. Jedziemy płatną drogą. Bardzo dobra nawierzchnia pozwala się rozpędzić. Niestety są hopki i cierpi bagażnik. Jedziemy wolniej, robi się ciemno. Danusia co chwila krzyczy osioł, bo te czworonogi lubią stanąć na środku jezdni, a przez swój kolor umaszczenia kompletnie zlewają się nocą z asfaltem. Jazda przez te osły i hopki jest wyczerpująca. Bez kontroli dojeżdżamy do Nioro. W Nioro wieczorem – niezły bajzel. W sumie nie wiemy gdzie jesteśmy, więc zabieramy chłopaka, który obwozi nas po campingach. Dopiero hotel za miastem nam pasuje, jest spokój. Wieczorem w mieście słabo oświetlonym czuliśmy się niepewnie. Pełno bezczelnych, natrętnych chłopaków morduje naszą cierpliwość. Niestety musimy wymienić w nocy euro po niekorzystnym kursie 1 euro – 600 franka. W banku następnego dnia dostajemy 650 franka za 1 euro. Noc mamy w pokoju dwu osobowym za 10 tys. CFA, mi bardzo dobrze śpi się w samochodzie. To moja 10 noc w Melku.


ciekawe ile trzeba mieć kasy aby pojechać do Afryki, zazdroszczę zdjęć, chociaż ja wolę zimniejszy klimat, nie wiem czy bym zniósł takie upały.
ile moze kosztować taka wyprawa po Afryce? Licytujcie :)
co do temp. to w tamtych rejonach w styczniu jest najchłodniej.
na celnika w uniformie i japonkach. Powtarzam, piszesz swietnie! Ja wiem, ze to tanizna u Was, ale nie powiem :) A na spanie w melku nie narzekaj, bo spi sie bardzo wygodnie. Czekam na więcej, czekam na dłuższe i bardziej szczególowe. Opowiadaj o tym co robili Twoi pasażerowie... wiem ze było wygłupów mnóstwo!
nie mozna być obojętnym na Afrykę (ludzi, krajobrazy, pogodę), Afryka nie jest dla początkujących podrózników, mocno wpływa na psychę. Ja sam niekiedy chciałem zamknąć drzwi melka i nie wychodzić, czesto jednak to co widziałem na zewnatrz tak było porywajace, ze wiedziałem po co tam pojechałem. Uczestnicy - chyba za poważnie odbieralismy to co widzielismy, przeżywalismy a przy tej biedzie cięzko sie wyluzować. Każdy inaczej widział Afrykę. Było tak: albo my zachowywalismy sie jak w Zoo albo to nas oglądano jak egzotyczne okazy. A kasa - to była najdrozsza wyprawa na jaką sie wybrałem, tym bardziej, że z tej czesci Afryki nie ma tanich lotow.