Dzień 12
Jak zawsze i tym razem wstajemy po ciemku, szykujemy jedzenie, jemy, naprawiamy bagażnik - obciążony przez 7 kół z felgami. Odnoszę wrażenie, że Malijczycy chcą wszystko za darmo, że im się należy i my po to przyjechaliśmy aby wszystko rozdać. Dzieciaki żądają kadu czyli prezentu. Każda pomoc z ich strony musi być wynagrodzona. Mimo wesołego nastawienia są bardzo zachłanni. Ktoś się pyta o samochód w Nioro, ale to nic pewnego, daję telefon. Jedziemy dalej. Na rogatkach w Nioro żądają papierka z custom, jesteśmy zmuszeni go im dostarczyć. Jedziemy pod wskazany budynek i wyrabiamy papierek, płacimy 10 tys. franka. Jedziemy pod następny budynek , płacimy za pieczątkę 2 tys. franka i możemy w końcu jechać. Za chwilę następny szlaban i tysiąc franka za przejazd. Droga jest dobra, nawet bardzo dobra, jak na warunki afrykańskie. Nie widzę nigdzie padniętych zwierząt, czy śmieci. Po trzeciej płatnej bramce możemy w końcu wjechać do Bamako. Krajobrazy po drodze mniej urozmaicone. W sumie ciągle sawanna, mniej lub więcej zarośnięta drzewami i krzakami. Oprócz baobabów nie mogłem żadnego drzewa lub krzewu nazwać. Są dla mnie tak egzotyczne jak i ptaki tutaj spotykane. Jednak jeden gatunek drzewa mnie urzekł – duże drzewa bez liści z dużymi jaskrawoczerwonymi kwiatami. Jest przy tych kwiatach sporo ptaków korzystających z nektaru drzewa. Zatrzymujemy się na jedzenie. Kiedy dzieciaki nas zwietrzyły, przybiegają gromadą po kadu. Dzieciaki ze wsi są skromniejsze, stoją i patrzą, a Józek rozdaje cukierki. Stara się bardzo, aby nie dać więcej niż jeden na małą głowę. Dzieciaki są półnagie, obdarte, często owrzodzone tu i tam, nie jedzą jednak przy nas cukierków, chowają do kieszeni i czekają na następny. Jak pisałem Mali jest czystsze niż Mauretania, dopiero w Bamako zobaczyliśmy jaki jest śmietnik w mieście. Tumany kurzu drażnią gardło, nos. Pełno masakrycznie zniszczonych samochodów, podobnie jak w Mauretanii królują mercedesy, a w nich upchani ludzie. Po drodze do misji katolickiej kilkakrotnie policja gwiżdże na nas, ale jestem zmęczony i się nie zatrzymuję. Ani razu nie ścigali nas. Na szczęście szybko docieramy do misji, dzięki napotkanemu nauczycielowi. W misji przy katedrze płacimy 5 tys. franka za osobę. Warunki jak wszędzie spartańskie, zimna woda i zagrzybione pokoje. Nie chce się nam dalej szukać, zostajemy. Wieczorem idziemy na spacer po Bamako. Szukamy restauracji. Tragedia i Bangladesz, wszędzie śmieci, nie widać ludzi, tylko chodzace koszule, bardzo słabe oświetlenie, bezdomni śpiący na chodnikach, dzieci o które potykamy się na drodze, ogniska na chodnikach – czyli małe garkuchnie. Wszystko stwarza wrażenie jakbym trafił na tereny po jakiejś niedawnej wojnie. Nieprzyjemnie i niepewnie. W końcu znajdujemy restaurację, w której jemy coś za 1,5 euro i wracamy do misji. Śpię pierwszą noc od wyjazdu w łóżku z moskitierą. Mogę się w końcu wyprostować, ale całonocny ruch na drodze, klaksony nie dają się komfortowo wyspać. Jest duszno.
Dzień 13
Z przyzwyczajenia stajemy o świcie. Mamy sporo do załatwienia, a nic nie wiemy. Tym razem nieznajomość francuskiego bardzo nam utrudnia zdobywanie informacji. Już teraz myślimy o sprzedaży samochodu w drodze powrotnej. Informacje jakie zdobywamy, nie są zbyt pocieszające. Chcą tylko niemieckie samochody, za inne płacą grosze. Nie znajdujemy hotelu w którym podobno by nam pomogli w sprzedaży samochodu, ale jest sporo osób pytających o cenę. Ich potrzeby i możliwości to mercedes z 20 letnim stażem do 2 tys. euro. Już czuję, że nie sprzedam samochodu za cenę podobną do ceny krajowej. Przy każdej okazji wymieniamy co nam nie potrzebne na pamiątki. Jedziemy na dworzec autobusowy i kolejowy. Dowiadujemy się jakie mamy połączenia z Bamako do Dakaru, z którego mamy wylot do Pragi. Na kolejowym mówią, że naprawiają jeszcze wagony i prawdopodobni ruszy pociąg za tydzień. Autobusy do Dakaru kosztują około 50 euro i jadą 36 godzin. Supermarketu nie ma. Wszędzie w Bamako musimy pytać się o drogę, nie ma oznakowań. Chyba najlepszym wyjściem jest wzięcie miejscowego przewodnika za parę groszy. Decydujemy się w końcu na wyjazd z Bamako. Nie podobają nam się duże miasta. Za dużo naciągaczy, naganiaczy, zgiełku, kurzu i brudu. Na przedmieściach kupujemy wodę i bagietki i wreszcie za miasto. Droga – trzeba uważać przy wioskach na hopki, które nazwaliśmy żandarmami. Czym większa wieś przy drodze, tym większa hopka na drodze. W Afryce jest zwyczaj naprawiania samochodów, busów, autobusów bezpośrednio na drodze. Widzimy wyciągnięte silniki, skrzynie biegów, wszystko rozebrane i czekające na części zapasowe. Wybieramy noc na sawannie. Zjeżdżamy z drogi, po kilkudziesięciu metrach zatrzymujemy się na zasłoniętej drzewami i krzakami polanie. Słońce zachodzi. Jesteśmy kompletnie sami w oddali słychać odgłosy ciężarówek. W pewnym momencie przejeżdża chłopak dwukołówką ciągniętą przez osła. Widzi nas, ale się nawet nie zatrzymuje. Na polanie jest wiele kopców termitów. Są małe nigdzie nie widać ich mieszkańców, mamy jeszcze trochę gazu, robimy leczo z makaronem i oglądamy niebo w gwiazdach. Część śpi w samochodzie, inni w namiotach, ja pod samą moskitierą przywiązaną do konaru drzewa. Mam niespokojny sen, jest bardzo jasna noc, budzę się wielokrotnie. Wychodzę spod moskitiery i przy świetle czołówki obserwuję teren wokół. Jak się okazuje, termity uaktywniają się nocą. Przy każdym moim kroku klekoczą dając sobie sygnał. Nie chowają się jednak i mogę oglądać miliony mrówko podobnych w ich nocnej robocie. Kładę się jednak ponownie nie czując zagrożenia – dla uspokojenia myślę, że wszystkie te mini zwierzaki wolą się trzymać z dala od człowieka.


najdłuzsza opowieśc jak dotychcias... Jak dobrze czytac takie z prawdziwej podrózy opowiesci, a nie stek bajeczek rodem z biura podrózy. Taka jest prawda, jaka nam opisujesz... Fantastycznie! Jeszcze, jeszcze. No i ciagle za malo zdjec
wrzucaj 800x600 :) znaczków pocztowych nie bede ogladała :)