Dzień 16 i 17
Rano część z nas idzie na jednodniową wycieczkę po wsiach Dogonów (7 euro od głowy), 3 osoby decydują się na dwudniowy trek z 1 nocą i 2 posiłkami. Przewodnik zabiera jeszcze owoce coli dla tubylców aby chętniej pozowali do zdjeć. Podobno te owoce podobne do bobu dają Dogonom kopa i są cenna walutą w handlu zamiennym. Wszystko jest tutaj droższe niż w większych miastach Na trek warto wziąć ze sobą wiele rzeczy na wymianę – obniża koszty. Jesteśmy na 470 m n.p.m. Dwudniowe obejście wsi Dogonów jest jak opowiadają uczestnicy bardzo ciekawe. Ciekawy artykuł na temat: http://turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,82269,5814398,Tajemnicze_plemiona_Afryki___Dogonowie.html
Wiele wiosek, wiele interesujących miejsc – tylko z jedzeniem wliczonym jest problem. Ci którzy zostali na campingu odpoczywają, piją piwo, leniuchują i chodzą po wsi, oprowadzani przez dzieci. Częstujemy je cukierkami, które chowają nie jedzą ale są zadowolone. Cała wieś jest zrobiona na wzór tych Dogońskich. Spichlerze na kamiennych nogach o glinianych ścianach i słomianych dachach. Zamykane są na zmyślne drewniane klucze. Gospodarze za to śpią w prostych, małych budyneczkach o płaskich dachach o stropie drewnianym i od góry zabezpieczonych gliną z piaskiem. We wsi jest meczet, kościół i miejsce kultu mistycznego – ściany z 5 m wysokości z otworami na totemy czy coś podobnego. Jak wszędzie kobiety nie chcą być fotografowane, kiwają paluszkiem, za to mężczyźni reagują gwałtowniej. Musimy uważać przy robieniu zdjęć i filmowaniu. Oprowadzają nas dzieci, mam niechęć do chwytania tych brudnych rączek ale jak przyjaciel to przyjaciel. Gospodarze na campingu są ciągle gotowi nam pomagać. Rozpalają ogień, przynoszą wodę. Po dwóch dniach jedziemy odebrać resztę ekipy z Bandziagary. Tam jemy obiad: stek + frytki = 3 tys. franka. Zabieramy głodnych towarzyszy z hotelu i zbieramy się do Burkina Faso.
Droga z początku dobra, szybko zamienia się w szutrówkę z wybitymi dziurami. Straszny kurz, wiele dziur i tarka nie pozwala na szybką jazdę. Jedziemy 40 km/h. Jeszcze przed granicą się ściemnia i musimy szukać noclegu. Józek dostrzega jakieś murowane zabudowania z flagą, podjeżdżamy , pytamy czy możemy przenocować. Nie ma problemu. Merostwo w osobie stróża pozwala nam skorzystać z podwórka i jakieś sali lekcyjnej. Zamyka bramę i możemy czuć się jak w domu. Jedyny murowany budynek w okolicy, w oddali jakaś wioska – widać ogniska, słychać nawoływania. Gospodarz częstuje przegotowaną wodą, ogniem. Dostaje w prezencie kurtkę + 2 tyś franka. Jest zadowolony z gości, my z bezpiecznego miejsca. Jemy zupki Profi, ożywa dyskusja co dalej – gdzie dalej jedziemy. Na ile wystarczy czasu, co zobaczyć. Noc jest ciepła – za ciepła. Śpimy jak kto chce, jedni w samochodzie, inni w merostwie.
Dzień 18
Rano zmywamy się szybko choć kupiony piecyk ( 2000 franka) na węgiel drzewny powoli się rozpala. Jedziemy. Dalej kurz i wolna jazda. Wymijamy samochody przy zamkniętych oknach i jadąc po omacku przez tumany kurzu. Chore zatoki mordują mnie powoli. Nagle droga zablokowana jest beczkami, musimy zjechać na pobocze. A na poboczu posterunki graniczne. Szybka odprawa – bez wymuszeń kasy. Szybko załatwiamy formalności, wjeżdżamy ponownie na drogę i jedziemy ok. 15 km. Podjeżdżamy pod posterunek graniczny Burkina Faso . Wizy po 10 tyś. franka + 2 zdjęcia + wniosek wizowy który wypełnia za nas pogranicznik. Drugi pogranicznik – służba celna leży sobie w szopie bez ścian przy kurniku i udaje , że nas nie ma. Płacimy jeszcze za pozwolenia na wjazd samochodem do BF i się zmywamy bo kolejni turyści dobijają a pogranicznik robi się nerwowy chyba z nadmiaru pracy. Do pierwszej większej miejscowości w Burkinie mamy dalej drogę pyłową choć szeroką jak pod autostradę – 50 km. W Oushigouya asfalt, wymieniamy kasę i korzystamy z tańszej przydrożnej gar-kuchni. Podobno to była restauracja - sami z zamrażalnika wybieramy co chcemy zjeść a tęga pani właścicielka robi dla nas coś…? Przyznam - źle wybrałem!! Jedziemy, wielbłądy i osły na drodze zastąpiły świnie biegające bezpańsko jak psy. Bydło i owco – kozy bezpańsko się włóczą po poboczach. Często zwalniam przed przemarszem zwierząt przez droga. Małe wsie porozkładane przy drodze i małe centra handlu przydrożnego. Widać stos papai, mango czy innych nieznanych mi owoców, jest sporo chińszczyzny i gar – kuchni. Nie ma w odróżnieniu od Mali – hopek we wsiach i można jechać szybciej ale ciągle w napięciu. Droga do stolicy Burkina - 185 km to asfalt – nawet dobrej jakości. Częste bramki na drodze – płatne drogi. Płacimy po 300 franka. Paliwo nieznacznie droższe niż w Mali, piwo i jedzenie lekko tańsze. Dobre jedzenie i piwo, słabe paliwo. Przestajemy martwić się powoli o żołądki i sycimy je u przydrożnych sprzedawców. Ile można jeść konserwanty. W sumie oprócz chorych zatok nic mi nie jest czyli jem co chcę. Szybko dojeżdżamy do Wagadugu. Sporo czasu zajmuje nam jednak szukanie noclegu – czyli taniego ekskluzywnego hotelu. Decydujemy się na hotel za 5 tyś CFA. od osoby. Pawilon Vent hotelu w bocznej uliczce. Dobre warunki. Jemy w innej bocznej uliczce – zupa rybna – 2 tyś CFA, oraz mięso z grilla po 900 CFA. Czyli kawałki mięsa położone na gęstej siatce (ogrodzeniowej) pod tym ognisko – super jedzonko. Wieczorem wspólnie decydujemy, ze nie jedziemy na Togo, Benin i Ghanę, a resztę czasu poświęcamy na Burkinę. Szkoda mi się zrobiło tych miejsc których nie zobaczymy ale brak czasu i wylot z Dakaru zdecydował. Innym razem. Logiczniej byłoby zarezerwować sobie lot z Accry i zobaczyć te 3 kraje. Jak się później okazało Senegal i Gambia nie były warte naszego czasu.


zazdroszcze wrażeń