*

„Parafia” i szczęścia dzieciństwa”

Dodane 2011-03-21 10.00, komentarzy 0 - dodaj komentarz Miejsce: Śródmieście Tagi: wrocław wspomnienia ludzie szczęście

Do mniej więcej 23-go roku życia mieszkałem we Wrocławiu na ulicy Jagiellończyka pod 32-gim, między ulicą Trzebnicką a Myśliwską w starej czteropiętrowej, poniemieckiej kamienicy. Był to jeden z kwartałów starej części miasta, który nie najgorzej wyszedł z działań wojennych. Co prawda pamiętam jeszcze ze swoich dziecięcych lat gruzy, a raczej częściowo tylko zniszczone budynki z elewacjami gdzie niegdzie poznaczonymi seriami z broni maszynowej lub jakieś szczątkowe pozostałości po nich np. tylko ceglany kikut bramy służącej nam dzieciakom, jako szaniec w naszych zabawach w wojnę.
Charakteru mojej „parafii” nadawał przekrój jej mieszkańców. Byli wśród nich nie tylko Polacy, Cyganie, Autochtoni i Żydzi, ale było to też środowisko drobnych handlarzy mających swoje stragany w Hali Targowej na Placu Nankiera, różnej maści rzemieślników, zwykłych robotników, złodziei, szulerów, co to „rzucając trzy obrazki” na targowiskach na Krakowskiej lub placu Kromera golili frajerów nawet ze ślubnych obrączek, były „Kiziory” pławiący się w sławie swoich więziennych wyroków za rozboje, napady (tzw. Dziesiona ) a i niekiedy morderstwa. Były i oczywiście „damy” niezazbyt ciężkiej proweniencji, które mimo uprawianego zawodu starały się nadać pozory normalnego życia u boku swoich „Panów”, mimo że przez tychże były mniej lub bardziej regularnie obijane – zwłaszcza po pijaku lub po powrocie z kolejnej odsiadki – za to, że się „kurwią”. Ale też i nie przeszkadzało im to absolutnie, że byli ich utrzymankami zwłaszcza, gdy dostawali do więzienia paczki na tzw. wypiskę.
Mieszkały tam też tzw. normalne, porządne rodziny, takie, co to matka była dozorczynią, sklepową, księgową czy nauczycielką lub też po prostu gospodynią domową a ojciec pracował na trzy zmiany, jako ślusarz w PAFAWAG-u czy DOLMEL-u, lub był motorniczym w „tramwajach”, co to po trzeciej rano wyjeżdżały na swoje trasy z zajezdni na ul. Słowiańskiej. Dzieciaki z naszej ulicy – wypełniając mniej lub bardziej dzielnie obowiązek szkolny – chodziły do podstawówki nr 93 na Niemcewicza lub po roku bodajże 70-tym do „108-mki” na Chrobrego. W niedziele obowiązkowo całymi rodzinami szło się na msze święte do „Okrąglaka”, czyli kościoła pod wezwaniem Opieki Świętego Józefa na ul. Ołbińskiej.
Większość kamienic zamieszkanych w tym rejonie miała przelotowe bramy, przez które można było śmiało przejechać samochodem osobowym, (jeśli ktoś go oczywiście posiadał) na małe, często ślepe ceglane podwórka zakończone jedno- lub co najwyżej dwupiętrowymi oficynami, (w jednej z takiej oficyn na Trzebnickiej pod 5-tym mieszkała do pewnego czasu słynna piosenkarka Anna German ze swoją matką). A pod kamienicami natomiast ciągnęły się ogromne ceglane piwnice przypominające trochę stare lochy. Piwnice, do których jako dzieci baliśmy się schodzić samemu (z tego powodu zawsze toczyliśmy z bratem długie „dyskusje” czyja tym razem wypada kolej pójścia po węgiel, bo oczywiście mieszkania nasze ogrzewane były piecami kaflowymi). Ilekroć musiałem sam iść do piwnicy to zanim nabrałem węgla do wiadra to kilka albo i kilkanaście razy oglądałem się za siebie, bo miałem wrażenie, że zaraz gdzieś z jakiegoś kąta wyskoczy duch czy jakaś inna zjawa.
Atmosfera na naszej „parafii” przypominała trochę tą z włoskich miast z filmów Felliniego, co prawda nie powiewało między kamienicami rozwieszone na sznurkach pranie, ale najprostszym środkiem komunikacji między sąsiadami było okno i własny doniosły głos. Okna w ogóle było bardzo istotnym elementem w towarzyskim życiu ulicy, już nie tylko, jako „telefon” (na palcach jednej reki można było policzyć prawdziwe telefony na naszej ulicy), ale i świetny punkt obserwacyjny a niekiedy miejsce drzemki starszych mieszkańców:, jeżeli chciało się wykorzystać okno do tychże właśnie celów to podstawiało się krzesło lub specjalną, „ryczkę”, czyli drewniany stołek, kładło się poduszkę – jaśka na parapet (żeby łokcie nie bolały) i już można było się całymi godzinami gapić na ulicę a i przedrzemać na słonku. A jeśli chciało się coś przekazać sąsiadce z naprzeciwka to wystarczyło krzyknąć „Ziutka! Ziutka, wyjrzyj przez okno, bo coś ci muszę powiedzieć” oczywiście oprócz Ziutki słyszało to jeszcze parę innych sąsiadek, ale one dla niepoznaki lub może ze swego sposobu pojmowania dyskrecji słuchały dalszego dialogu ukryte za firanami swoich okien. Oczywiście tą drogą przekazywało się bardziej ogólne lub wykorzystywało się ją do inwigilacji latorośli, która zdobywając np. pierwsze szlify palacza chowała się po za zasięg widoku z okien własnego domu i była święcie przekonana, że czujne oczy rodziców bądź dziadków ich tam nie dojrzą – o nieświadoma naiwności!!! A od czego okna i oczy czujnych sąsiadów? Bywało tak, że zanim taki młody adept palenia tytoniu wrócił do domu to już cała familia wiedział dokładnie ile, gdzie i z kim wypalił – w tym przypadku po krótkim przesłuchaniu, gdzie dzieciak przyparty do muru dokładną relacją któregoś z sąsiadów i własnym przyznaniu się do winy w obliczu niezbitych dowodów – poddawał się natychmiastowemu wykonaniu wyroku za pomocą ojcowego pasa najczęściej.
Do wymiany bardziej dyskretnych wiadomości (tych z rodzaju, kto z kim, kto kogo i dlaczego itd.) służyły ławeczki na skwerku doskonale widocznego z naszych okien. Tam dopiero toczyło się życie towarzyskie zwłaszcza letnimi popołudniami, kiedy już upał zelżał a w domu wszystko było zrobione a i w „telewizorze”, jeśli to nie był czwartek z obowiązkową „Kobrą” było już po dzienniku i szedł po raz któryś tam jeden ze słynnych radzieckich filmów wojennych.
Co do innych rozrywek, to oprócz rodzinnych wypadów na nadodrzańskie wały, czy karuzeli z okazji przyjazdu wędrownego wesołego miasteczka i czasami, jakiegoś spaceru niedzielnego, – bo np. trzeba było pokazać się w nowej sukience uszytej z materiału z takim trudem wystanego w SDH czy PDT , lub po prostu przejść się po niedzielnym obiedzie, jeżeli mąż lub inny obecny towarzysz życia dał się na taką imprezę namówić. Natomiast z reguły nie trzeba było specjalnie nikogo namawiać do pójścia na któryś z festynów organizowanych przez władze miejskie lub partyjne z różnych okazji, zaczynało się już 1-szego maja po zakończeniu obchodów tzw. „Święta Ludzi Pracy”, za parę dni była kolejna rocznica zakończenia II wojny światowej i zwycięstwa na faszyzmem a potem to już i 22 lipca i różne branżowe i zakładowe święta i obchody. A za każdym razem można było potańczyć, pojeść i popić a i nierzadko kupić jakiś, na co dzień niedostępny towar, który na tą okazję organizatorzy specjalnie sprowadzali po za normalnymi kanałami dystrybucji i sprzedawali na ustawionych wokół straganach. Zazwyczaj na takich festynach, – jeśli pogoda dopisywała – wystawiano na jakimś placu na świeżym powietrzu drewniany podest dla tancerzy a wokół niego stoły dla odpoczynku i konsumpcji. Oczywiście frekwencja na tych imprezach była ogromna tym bardziej, że panie miały okazje potańczyć i pochwalić się swoimi dziećmi (i niekiedy nowymi panami) panowie zaś mogli niemalże do woli raczyć się piwem tudzież innymi napojami ogólnie uważanymi za poprawiające nastrój. Czasami też festyny te kończyły ogólną rozróbą i mordobiciem, kiedy to spory toczone przez kilku „zawianych kogutów” nijak nie dawały się wyjaśnić na drodze rokowań pokojowych i trzeba było jednemu lub drugiemu interlokutorowi wyłożyć „dobitnie” swoje racje. Jednak rzadko się zdarzało żeby ktoś – oprócz kilku wyzwisk, siniaków i urażonej dumy – odniósł w efekcie jakieś większe uszczerbki na ciele lub honorze, bo albo towarzyszki życia przywoływały ich do porządku wspierane (dla własnego bezpieczeństwa) przez dziatwę lub, co jeszcze rzadsze w roli rozjemców występowali przedstawiciele organów tzw. porządkowych, czyli ORMO lub MO .
Imprezy takie były zazwyczaj organizowane (oprócz świąt ruchomych) w sobotnie popołudnia po pracy, gdyż o wolnych sobotach jeszcze się wtedy nikomu nie śniło, ponieważ socjalizm do swej budowy wymagał wytężonego wysiłku, przez co najmniej 6 dni w tygodniu.
Niedziela była dniem obowiązkowego kultu religijnego i rosołu z kury z własnej roboty makaronem, a kura nie mogła być gdzie indziej kupiona jak tylko w sklepie u „kurzarza” Kusia na ul. Pobożnego. Również na Pobożnego można było przy okazji kupić pieczywo z małej, prywatnej piekarni (niestety nazwisko właściciela wypadło mi z głowy – chyba, dlatego że niekiedy zdarzało się kupić tam „gliniasty” chleb), czy też warzywa, owoce, tudzież inne produkty prosto od „krowy” w warzywniaku u „Lebiody”. Co ciekawe, a raczej charakterystyczne wszystkie te sklepiki mieściły się w suterenach kamienic.
U Lebiody okoliczne dzieciaki kupowały prawdziwą o smaku landrynek oranżadę, tak mocno gazowaną, że zawsze po pierwszym „łyku” zatykało i łzy stawały w oczach. Również tam kupowało się pierwsze w sezonie truskawki i czereśnie a talerze słonecznika były niekiedy tak wielkie, że mogłyby z powodzeniem służyć z parasol w razie niespodziewanego deszczu.
Potem siadało się na niskim murku okalającym teren 108-mki i z wielkim zapałem zjadało się czereśnie (niemyte o zgrozo) i pluło się pestkami na odległość. Zdarzały się potem drobne niedogodności żołądkowe, które jednak były niczym w porównaniu do np. konsekwencji „przypadkowego” trafienia przechodnia pestką. Jeśli był to ktoś „obcy” to pół biedy, gorzej, gdy był to ktoś z okolicznych mieszkańców - zawsze się mogło zdarzyć, że niewłaściwie pojął intencje strzelca i jeśli nie udał się pościg za dzieciakiem to należało zakładać z dużą dozą prawdopodobieństwa, że zanim wrócimy do domu to rodzice już będą o tym wiedzieć, a i co gorsza - w najlepszym razie - będzie trzeba znowu przepraszać dla świętego spokoju „tę starą Kwiatkowską”, bo się czepia.

Inną bardzo popularną zabawą (oprócz grania w „piłę”, wypraw na kąpieliska lub „palanta” czy „wojny”) byli „kolarze”, czyli na wyrysowanym kredą na chodniku lub placu torze, organizowało się „Wyścig Pokoju” gdzie „zawodnikami” były kapsle od butelek lub duże guziki, od np. płaszcza Matki a źródłem napędu były własne palce, które za pomocą tzw. pstryczków wprawiały poszczególnych „zawodników” w ruch. Oczywiście każdy chciał być Szurkowskim czy Szozdą - absolutnymi idolami bez wzglądu na to czy akurat wygrywali czy nie – dla nas byli absolutnymi idolami.
Latem chodziliśmy również pływać, we Wrocławiu w tamtych czasach było kilka fajnych basenów, kąpielisk i naturalnych zbiorników (nie zawsze bezpiecznych). Zaczynało się „karierę pływacką” od basenu a właściwie brodziku „Różanka” na wałach nadodrzańskich przy moście Trzebnickim. Później był basen na ul. Łowieckiej przy Elektrociepłowni, niestety po kilku latach stracił dla nas swoją atrakcyjność gdyż przykryto go tzw. balonem i latem było wewnątrz tak gorąco, że nawet w wodzie można się było spocić gdyż słonce nagrzewając powłokę balonu podnosiło wewnątrz temperaturę o kilkanaście stopni.
Ale najbardziej popularnymi były „Morskie Oko” i Basen Olimpijski czy „Glinianki” na Pilczycach, – co do „Olimpijskiego” to jestem przekonany, że powstał jeszcze przed II wojną światową zresztą jak i inne obiekty łącznie ze Stadionem Olimpijskim i sąsiadującymi z nim Polami Marsowymi, natomiast „Morskie Oko”, chociaż charakterem wskazywało też na „pochodzenie niemieckie”, to tu nie dałbym sobie za to ręki obciąć. Zresztą mniejsza z tym, ważne było dla nas, że były miejsca gdzie można było w upalne dni znaleźć ochłodę w wodzie, spędzić miło czas i się opalić. Problemem tylko był wiek (nie w każdym wieku można było wejść na kąpielisko bez opieki osoby starszej) i pieniądze na wstęp. Pieniądze dostawało się albo od rodziców, bądź zarabiało np. wyszukując a później sprzedając butelki po wódce czy winie w punkcie skupu, lub zbierając u podwrocławskich „badylarzy” rzodkiewki, sałatę lub truskawki. Można było też zarobić w inny sposób, gdyż okolica dawała wiele sposobów i możliwości i tych legalnych jak również tych nie bardzo. Oczywiście my, jako „dobrze wychowani chłopcy” imaliśmy się tylko tych porządnych zajęć. Po za tym do tych „nieporządnych” konkurencja „na dzielnicy” była duża i trzeba było mieć do nich smykałkę – a do dziś uważam, że każdy rodzi się z określonymi talentami, jednym słowem: „jak ktoś się wróblem urodził to żeby nie wiem jak się starał – kanarkiem nie zdechnie”. No i oczywiście była jeszcze nasza mama, która bardzo szybko wybiłaby nam nie tylko z głów jakąkolwiek próbę zejścia z drogi uczciwości.
Otóż – jak już wcześniej wspomniałem - wśród naszych znajomych było kilka osób zajmujących się handlem w Hali Targowej na placu Nankiera. Np. w mojej kamienicy mieszkał synem-odludkiem stary Żyd, niejaki pan Tass, który handlował dosłownie wszystkim, co się dało, warunkiem było tylko to żeby jego „towar” był niewielkich rozmiarów gdyż człowiek ten poruszał się na wózku inwalidzkim i cały swój dobytek woził ze sobą. Były tam i karty do gry (również te z mocno roznegliżowanymi paniami), pasta do butów, sznurówki, chińskie maści na ból głowy i jeszcze wiele innych duperel. Jak On z tego żył – do dziś nie wiem. Ważne, że trzeba było zapchać gościa razem z tym wózkiem i jego kramem na Halę. Ładny kawałek drogi, bo trzeba było przejść przez Myśliwską, Pobożnego, skręcić w Niemcewicza, przeciąć Jedności Narodowej a dalej to już Kilińskiego przez plac Bema i pomiędzy Ostrowem Tumskim i Wyspą Słodową dojść mostem do Hali. Zostawiwszy klienta na jego stanowisku pracy wracałem tą samą trasą do domu cięższy zazwyczaj o „rybaka”, czyli stare pięć złotych – rzadziej dziesięć. Ale i piątka była ok., bo z tego, co pamiętam chleb kosztował wtedy ok., złotówki.
Gdy lato miało się ku końcowi zaczynał się wzmożony ruch w interesie węglowym, tzn. przynajmniej kilka razy dziennie pojawiał się na naszej ulicy wóz konny wyładowany węglem zamówionym przez okolicznych mieszkańców. Węglarz (rzadko trzeźwy) przyjeżdżał pod wskazany adres, ustawiał na wozie wagę, której szala mieściła na raz chyba ze 100 kilo, wielką łopatą tzw. „sercówką” ładował do niej węgiel i kiedy już była – powiedzmy, że pełna – obracał ją o 180 stopni i z wielkim hukiem wysypywał węgiel na chodnik we wskazane przez klienta miejsce. Czynności te powtarzał tyle razy aż teoretycznie zamówiona ilość węgla nie znalazła się na chodniku. Każdy wiedział, że jeżeli chciał mieć np. 1, 5 tony węgla na zimę to albo zamawiał trochę więcej, albo dogadywał się z węglarzem lub też stał przez cały czas wyładunku i cały czas patrzył temu ostatniemu na ręce. Doprowadzało to oczywiście do kłótni, w których nierzadko poddawano w wątpliwość nie tylko ilość wysypywanego węgla, ale i również pochodzenie interlokutorów i ich rodzin, obyczajności matek oraz stanu umysłu i trzeźwości ojców w trakcie aktu prokreacji. Wszystko to należało do lokalnego kolorytu i niemalże obyczaju a zdarzenie takie gromadziło w okolicznych oknach tym więcej widzów im większy był talent oratorski samych zainteresowanych. Najczęściej z tych słownych potyczek górą wychodził węglarz gdyż jak niemalże każdy woźnica kląć umiał jak przysłowiowy szewc a wiązanki przy tym takie „kwieciste” składał, że na 20 słów 3 były może nadające się do słuchania przez kobiety i dzieci.
Kiedy już wóz węglarza odjechał do następnego klienta i w innym miejscu szykowało się kolejne przedstawienie pozostawioną przez Niego hałdę węgla należało jak najszybciej przenieść do piwnicy bo raz, że tarasowała chodnik a dwa, że leżąc zbyt długo (a już nie daj Boże przez noc) mogła wiele stracić na swej objętości. Zjawisko to oczywiście nie miało nic wspólnego z fizyką czy chemią a raczej z tzw. chęci „organizacji” dóbr materialnych. No cóż już wspominałem, że na mojej „parafii” nie mieszkały anioły.
Szczęściarzami byli ci, którzy mieli w piwnicy okienka wychodzące na ulicę, bo można było dosyć szybko i w miarę łatwo zsypać węgiel do piwnicy – dobra godzinka i po robocie. Gorzej jak trzeba było węgiel znosić wiadrami lub tzw. węglarkami do piwnicy - no to wtedy trzeba było się namachać. I tu dziwna rzecz, jeżeli to nam przywieźli węgiel to nie dość, że w tym czasie mieliśmy właśnie coś o wiele ważniejszego do roboty i nijak ta robota nam akurat w tym momencie nie odpowiadała, to jeszcze (oczywiście przekonani jedyną słuszną argumentacją przez szanowną rodzicielkę) zabieraliśmy się do tej roboty jak nieprzymierzając pies do przysłowiowego jeża. No i zazwyczaj ostro kłóciliśmy się z bratem o to ile, który z nas zniósł już wiader – i niech Bóg broni, żeby nie było po równo. Zazwyczaj kończyło się to interwencją domowej zwierzchności i chwilowym przywróceniem status quo. No i trwało to tak długo, że śmiało mógł ten węgiel zacząć powoli zmieniać się w kryształ czy też w jakąś inną kolejną formę skamienieliny.
Całkiem inaczej miała się sprawa, kiedy któryś z sąsiadów nie był w stanie sam sobie najczęściej ze względu na podeszły wiek z węglem poradzić wtedy, prosił mnie lub któregoś z podobnych mnie podrostków o pomoc – naturalnie nie za darmo. W tym środowisku było rzeczą normalną i zwyczajowo akceptowaną wynagradzanie dzieci i młodzieży za drobne przysługi. A im wdzięczność i hojność większa, tym i robota lepiej i szybciej szła. Także np. w przypadku węgla po zniesieniu całości do piwnicy to i nawet chodnik był czysto zamieciony i zmyty wodą. Oczywiście wiedzieliśmy, który z sąsiadów wart jest naszego zachodu, gdyż zdarzali się również naciągacze, którzy obiecywali złote góry przed robotą, a po jej zakończeniu targowali się jakbyśmy chcieli ich z ostatniego grosza ograbić. Dlatego też bardzo szybko nauczyliśmy się brać pieniądze przed zakończeniem roboty. Zawsze można jeszcze był wynieść węgiel z powrotem na chodnik – ot tak w ramach promocji. I kto teraz powie, że nie odebraliśmy podstaw wiedzy o mechanizmach rynkowych mimo, że czas był wyjątkowo nie kapitalistyczny.
Ja miałem jeszcze jedno źródło finansowania, które odkrywszy całkiem przypadkiem, eksploatowałem później niemalże bezlitośnie.
Otóż, jednymi z naszych znajomych było bezdzietne małżeństwo; Pani Hania i Pan Fredek. Fizycznie powiedziałby ktoś całkowicie niedobrani, Ona kobieta postawna – rzec by można nawet gruba, on za chudy jak patyk i razem wyglądali jak słynni Flip i Flap tylko, że męsko – żeńskim wydaniu. Pani Hania był jedną z tych osób, o których mówiło się, że potrafiłaby na pustyni sprzedać piasek Arabom i pozostawić ich w przeświadczeniu, że zrobili bardzo dobry interes. A jej mąż Fredek był krawcem męskim ze starej przedwojennej Lwowskiej szkoły, co to ‘Panie dziejku spodzień jak uszył to i mankiet być musiał „aligancki” i kanty ostre takie, że jak klient w nich po ulicy szedł to wiatr cięły na pół”. No, więc nic też dziwnego, że skoro On był krawcem a Ona miała „charakter handlowy” i posiadając w Hali Targowej na placu Nankiera (no, bo gdzieżby indziej) własny stragan, sprzedawała na nim znakomite wyroby sztuki krawieckiej swojego męża. Mimo, że fizycznie tacy od siebie różni (a może właśnie, dlatego – kto wie) kochali się bardzo a ich jedyną zgryzotą był brak posiadania własnych dzieci.
Chyba bardziej przeżywał to On a jeżeli za miarę tego stanu przyjmiemy półlitrową butelkę wódki no to musiał to strasznie przeżywać. Bywało, bowiem czasami, że Fredek znikał ni z tego ni z owego na czas jakiś. Czasem był to dzień, ale bywało i dni trzy. Małżonka, jako kobieta ze wszech miar kochająca i troskliwa zaczynała się martwić nieobecnością połowica już pod koniec pierwszego dnia nieobecności i wydzwaniała do wszystkich możliwych znajomych, którzy posiadali telefon, (co w tamtych czasach nie było znowu tak częste – posiadanie telefonu rzecz jasna) i zadawała tylko jedno pytanie „Słuchaj – tu padało imię rozmówcy – nie widziałaś / eś dzisiaj tego mojego moczymordy, znowu od rana jak wyszedł to Go do tej pory nie ma, trzech klientów miał dzisiaj do przymiarki i znowu musiałam oczami świecić”. Rzadko się zdarzało, że telefony te odnosiły pożądany skutek, Fredek albowiem miał taki talent, że jak chciał zniknąć to i znikał i żadna siła nie była w stanie zawróci Go z drogi ciągu alkoholowego. Na drugi dzień nieobecności zaniepokojona Hania wychodziła od rana na poszukiwania, zwiedzając po drodze wszystkie możliwe spelunki i meliny oraz wypytując po drodze każdego napotkanego znajomego o swojego męża. Oczywiście wcześniej czy później lądowała również u nas a jeżeli wcześniej spotykał mnie czy któregoś z nas zawsze pytała czy nie widzieliśmy jej Fredka. Pewnego razu faktycznie zdarzyło mi się na krótko przed spotkaniem pani Hani widzieć Jej męża w parku na pl. Engelsa nie czekając na Jej pytanie już z daleka krzyczałem „Pani Haniu, Pani Haniu – widziałem Pana Fredka”. Gdzie, kiedy? Pyta, no to ja na to, „że dopiero, co w parku na Engelsa”, wtedy Ona – o chwilo szczęśliwa – wyciągnęła z portfela „rybaka”, wcisnęła mi go do ręki, ucałowała w czoło i puściła się kurcgalopem w stronę wskazanego przeze mnie miejsca chwilowego pobytu wybranka. No i od tamtej pory ilekroć spotykałem Ją na ulicy (u nas w domu to nie, bo jeszcze Matka kazałaby oddać piątaka a i na spytki mogłaby wziąć gdyż zawsze wiedziała, kiedy kłamię a wtedy to już żaden interes, bo zamiast pieniędzy mógłbym, co najwyżej „dostać” w niewymowną część pleców) zawsze wołałem z daleka „Pani Haniu, Pani Haniu – widziałem Pana Fredka”, po czym niechybnie dostawałem „rybaka”. Po jakimś czasie, wymyśliłem sobie, że skoro od Niej dostaję piątkę za informację o Mężu to i może od Niego również coś dostanę za informację o miejscu pobytu Żony. No i tak było w istocie a że nie zawsze moje informacje były całkiem prawdziwe – no cóż nasza „parafia” była dosyć rozległa i tyle w niej było dróg i różnych „meandrów”, że zawsze mogli się rozminąć i nie odnaleźć. Zresztą myślę, że po jakimś czasie oboje mieli świadomość, że ich naciągam i gram na dwie strony, ale że lubili mnie szczególnie - może, dlatego że nie mieli własnych dzieci a może, dlatego że wołali na mnie „szpenio” – udawali, że mi wierzą i zawsze piątka lądowała w mojej kieszeni. A co robiłem z pieniędzmi, no cóż jednym z bardziej ulubionych przeze mnie sposobów na ich wydawanie były lody śmietankowe zagryzane pączkiem a wiadomo było, że tylko w „Filipince” – cukierni za rogiem i lody i pączki były najlepsze.
Wydawać by się mogło, że tamte lata wspominam głównie tylko przez pryzmat przyjemności, ale że co prawda mieliśmy również swoje obowiązki to jak inaczej wspominać dzieciństwo jak nie jako jeden z najprzyjemniejszych okresów w życiu. Przecież od tego jest dzieciństwo i wiek młodzieńczy żeby się bawić i mieć później przyjemne wspomnienia i nawet, jeśli nie raz działy się rzeczy przykre to nie warto ich wspominać – było, minęło.
Co do innych przyjemnych wspomnień, to szczególnie lubiłem zimą wracać do domu, na dworze śnieg, mróz (nie to, co teraz) a w domu w rogu dużego pokoju stoi wielki kaflowy piec od, którego aż biło ciepło i choćbyś był przemarznięty „do szpiku i kości” to przytulałeś się do pieca i po chwili po całym ciele rozchodziło się błogie ciepło i stałeś tak i stałeś, dopóki nie poczułeś że parzy, wtedy obracałeś się o 180 stopni i grzałeś się dalej. Szczególnie było to przyjemne, kiedy wracało się z tzw. Górki Słowiańskiej, było to najprawdopodobniej wielkie usypisko gruzu albo jakiś wielki bunkier u zbiegu ulic Słowiańskiej i Jedności Narodowej, w każdym bądź razie odkąd pamiętam była to Górka Słowiańska i tyle. Służyła nam zimą, jako teren szaleństw zjazdowych. Oczywiście o nartach nikt wtedy nie marzył a i sanki były rzadkością, no ale od czego podeszwy butów i własne tyłki? Pod jedno i drugie dla bezpieczeństwa i większego poślizgu podkładało się kawałki linoleum i już można było zjeżdżać z góry na złamanie karku, bo jeszcze kiedy na tyłku zjazd był dosyć bezpieczny (przypominało to trochę jazdę na dzisiejszych „jabłuszkach”) to ślizganie się na butach było wyższą szkołą jazdy. Nie tylko trzeba było uważać, żeby nie upaść i się nie porozbijać, ale sztuką było utrzymanie właściwego kierunku jazdy i tak trzeba było balansować całym ciałem i rękoma żeby nie pozwolić się obrócić tyłem do kierunku jazdy, no, bo wtedy to już kaplica i umarł w butach. No, ale za to jak już się opanowało tę trudną sztukę to można było się poczuć jak król zjazdu, albo i jakiś inny Bachleda, oczy łzawiły od pędu w uszach szumiał wiatr a serce z radości chciało wyskoczyć z piersi. Wtedy nic nie było ważne, ani mróz, ani mokre, zesztywniałe od zimna i wiatru spodnie – tym bardziej, że po zjeździe trzeba było się wspinać dobre kilkadziesiąt metrów pod górkę to człowiek się tą wspinaczką rozgrzewał. I tak do ciemnej nocy, kiedy to już tak było ciemno, że własnych butów nie było widać. Wtedy wracało się do domu i nic to, że mama będzie znowu narzekać, że: „nic tylko nam zabawa w głowie, kiedy lekcje będziemy odrabiać, a ona sama wszystko musi w domu zrobić i musimy się nauczyć porządku, bo jak jej zabraknie to nam się dopiero wtedy wody w uszy naleje”, ważne było to, że byliśmy szczęśliwi a mamy przecież od tego są żeby nas „prostować”. A tak naprawdę to wiedzieliśmy, że mówiła to wszystko, bo się o nas martwiła, więc szybko żeby uciszyć mamine połajanki rozbieraliśmy się do bielizny (wszystko było przecież przemoczone i zmarznięte) i zanim mama kończyła ostatnie zdanie swojej „litanii” już ją przytulaliśmy i ze śmiejącymi się oczami przepraszaliśmy i przyrzekali solennie, „że to się już więcej nie powtórzy, że to ostatni raz, itd.”. A potem zanim mama postawiła gorący obiad na stole przytulaliśmy się do pieca i było nam dobrze….

zgłoś nadużycie
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował
Dodaj swój komentarz:

gresud

gresud

X Miejsce w rankingu

Urodzony na Karłowicach, wychowany na Nadodrzu.